festiwal / txt

Seven Festival 2011 – full relacja


Niezależnie od tego, jak nazywa się festiwal w Węgorzewie (Seven Festival, Eko Union of Rock, Rockowisko…) lubię tam jeździć. Albo inaczej, lubię tam być, bo jest to festiwal, na który chyba najtrudniej dojechać z centralnej Polski. W tym roku miałem tam niezły zapierdziel. Poza zdjęciami dla CGM.pl i Onet.pl przyszło mi również pisać relacje dla tego drugiego. Poniżej komplet trzech tekstów, z trzech dni. Tekstów oryginalnych, nie tkniętych sprawną ręką kolegi redaktora-korektora. Sposób w jaki piszę jest zbyt swawolny dla poważnych mediów, zatem to i owo trzeba przeredagować lub wykastrować ;) Te wygładzone wersje są do znalezienia na Onecie,  te surowe – poniżej.

Urodzinowy kawałek tortu – od punka po groove metal.

Jeśli ktoś szuka idealnego otwieracza na jakąkolwiek ze scen, to powinien walić jak w dym do formacji Made Of Hate. Raz, że czasu zostało już niewiele, bo przecież wiecznie „otwierać” głównych scen nie będą, to po drugie – charyzma i spore obycie sceniczne muzyków procentują natychmiast.

Otwierać pierwszy dzień sceny głównej drugiego* dnia festiwalu łatwo nie jest. Granie koncertu dla garstki widzów pod sceną nie jednego by zdeprymowało. W przypadku Made Of Hate mowy o podciętych skrzydłach i drżących kolanach nie było.. Nie potrzebne były też żadne słowa otuchy od najwierniejszych fanów, żadnego skandowania „napie***lać” znanego z innych koncertów czy festów. Chłopaki (z uśmiechami na twarzach!) wyszli i walnęli między oczy tak celnie, że nawet chwilowe problemy z mikrofonem zostały przyjęte z godnością i na luzie, bez przerywania rozpędzającego się koncertu. Świetnie wchodzili w dialogi z leniwie gromadzącą się publiką (nikt chyba nie przedstawiał w taki sposób swojego perkusisty).  Jeśli coś mogło martwić, to odpowiedź na pytanie – jak, w taki sposób przygotowana publika, przyjmie takich freaków jak Łąki Łan?

Tych, których nie ściągnęli pod scenę koledzy z Made Of Hate skutecznie zwerbował najbardziej chyba robaczywy zespół w dziejach krajowej fonografii. W trakcie koncertu nie zabrakło żadnego z obowiązkowych elementów Łąki Łan, były race, było rzucanie cukierków w publiczność. Jednym z zabawniejszych momentów koncertu była „nauka rytmiki”, z której i tak nic nie wyszło… stanęło na tym, żeśmy rytmiczne głąby :).  Od tej chwili zrobiło się już iście festiwalowo i mam tu na mysli teren całej imprezy. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że tym razem czegoś zabrakło w występie ŁŁ…, że nie zagrali ze 100% mocą i energią, jaką dysponują.

Energii tej na bank nie zabrakło zasłużonemu Dezerterowi. Trio, bez wykonywania zbędnych ruchów, ustawiło się szybko w szyku bojowym i uderzyło z całą swoją mocą, począwszy od „Zabójcy Czasu” i „Plakatu”, które otwierały set, aż po bisy, które Robal poprzedził apelem o podpisywanie petycji Amnesty Int. w obronie dysydentów gnębionych przez funkcjonujące za miedzą reżimy.

Jeśli o jakiekolwiek formacji nad Wisłą można powiedzieć, że jest „bezkompromisowa”, to jest nią Dezerter – grający koncerty surowe, praktycznie pozbawione oprawy wizualnej (na tle Łąki Łan jeszcze bardziej rzucało się to w oczy). Wczorajszy koncert w Węgorzewie był mocniejszy, jakby bardziej „zaangażowany” i punkowy, niż np. ten z ubiegłorocznego Jarocina, gdzie zespół po raz pierwszy przeinwestował w stronę wizualną zmieniając scenę w monstrualny telewizor… Wczoraj zdumiewała mnie czasem publika, świetnie reagująca na współczesne teksty Dezertera, a stojąca jak kołki przy takich klasykach jak „Ku przyszłości”…  Może to różnica pokoleń? Za to lokalni notable wykazali się sporą dawką dystansu do samych siebie i do sztuki, energicznie i dziarsko kiwając się do pieśni „Dla Zysku”. Tyleż zabawne, co urocze ;)

Dalej scena należała do Krzysztofa Grabowskiego (ach ta zbieżność nazwisk)… Jaką drogę przeszedł Grabaż ze swoimi projektami najlepiej pokazuje to, co stało się wczoraj na Głównej Scenie w Węgorzewie. Grabaż jako nastolatek oglądał w Jarocinie SS-20 i „uczył” się punkrocka od Dertera, który wczoraj… grał przed Strachami.

A Strachy Na Lachy zgromadziły wczoraj największą chyba publiczność w „letniej stolicy rocka”. Grabaż, jak, zwykle nieco za bardzo egzaltowany, zaproponował przegląd menu SNL. Było dużo z ostatniej „Dedokafonii” i sporo materiału przekrojowego. Jednym z ważniejszych elementów koncertu było „Paint It Black” zadedykowane niedawno zmarłemu Piotrowi Stopie Żyżelewiczowi. Cover – o dziwo, bo zawsze podchodzę do takich jak pies do jeża – zabrzmiał soczyściej i pełniej niż w oryginale.

Festiwale to świetne miejsce na weryfikację nowych pomysłów. Fani Strachów Na Lachy mogli usłyszeć trochę nowości – np.: „Awangarda Jazz Podziemie”, który ma spore szanse zagościć na dłużej na koncertowych setlistach Strachów. Końcówka koncertu to obowiązkowe od niedawna „Mieszkam w kraju…” (i znów ci miejscowi notable ;)).

W finale, bez zbędnych ceregieli zagrała pierwsza z zagranicznych gwiazd Pro-Pain. Atmosfera pewnego „zabawowego uduchowienia” wprowadzanego zwykle przez SNL została natychmiast przebita dźwiękami „Fool Taste…”. Obchodzący w tym roku dwudziestolecie działalności artystycznej (jak to ładnie brzmi) amerykanie, przygotowali koncert nieco na wzór tego, co zaprezentował Dezerter. Materiał przekrojowy, ze wszystkimi żelaznymi gwoździami oparty przede wszystkim o numery z debiutanckiego krążka, z „All for King George” na finał.

Tak się złożyło, że Pro-Pain widziałem po raz pierwszy, ale zaskoczony zostałem profesjonalnym podejściem muzyków do swojego zadania – nie zrażeni powolnym odwrotem publiki do strefy gastro nie zwolnili ani na ułamek sekundy podczas swojego ponad dziewięćdziesięciominutowego gigu.

Osiemnaste urodzimy Seven Festival rozpoczęły się hucznie, z odważnie i celnie zestawionym line-upem. Tak jak po przekrojeniu muzycznego tortu ukazały nam się różne smaki rocka, od punka po groove-metal. I tak właśnie w „dorosłość” wkracza jeden z najbardziej kameralnych festiwali w kraju, ale za to z najlepszym dżinglem ;)

* problem z liczeniem festiwalowych dni wynika z tego, że dniem pierwszym – lub „zerowym” był dzień przesłuchań konkursowych.

Polska vs Świat 1:1

Apteka, w ostatniej chwili zaproszona do udziału w węgorzewskim festiwalu, nie tylko udowodniła (czy Kodym musi jeszcze cokolwiek udowadniać?), że Seven Festival Music & More to miejsce dla takich właśnie zespołów, ale i to, że trio mogłoby spokojnie grać jako headliner. „Menda” i „Chłopaki i dziewczyny” zagrane na koniec, a odśpiewane wespół z publicznością były na to dowodem koronnym.

Świetna dyspozycja Apteki sprawiła, że przed Touchstone i wokalistką Kim Seviour poprzeczka została zawieszona wysoko. Może i za wysoko. A Kim na tle Kodyma, choć śpiewała czysto i wysoko to wyglądała raczej na grzeczną dziewczynkę niż wokalistkę rokową. Zespół raczej nie rzucił na kolana węgorzewskiej publiczności. Po „tłustym” występie poprzedników mogłoby się to nie udać nawet Within Temtation, do którego najprościej przyrównać muzykę Brytyjczyków: bogato eksploatowane klawisze, jęczące gitary w połączeniu z miarowymi riffami oraz pracująca motorycznie sekcja z perkusistą, który odwalał chyba najwięcej roboty z całego zespołu. Najjaśniejszym momentem tego występu był cover Tears For Fear „Mad Word” zagrany na bis.

Z całą sympatią dla fanów progrocka, ale takie formacje jak Touchstone nie specjalnie nadają się na rockowe festiwale, nawet z tak pozytywną, sympatyczną i roześmianą dziewczyną w składzie jak Kim.

Buldog, którego żadnemu szanującemu się fanowi rocka w Polsce przedstawiać nie trzeba zaczął swoją sztukę od mocnego (kto wie czy nie jednego z najlepszych na płycie) „Chrystusa Miasta”. Dalej było podobnie – na kawałki z poprzedniej płyty lub te nowsze trzeba było nieco poczekać. A czas uciekał szybko, bo formacja Wieteski (w oprychówce i z basem na ramieniu bardzo przypominał Leszka Janerkę) to zgrana drużyna, z przebojowym materiałem.

Singlowe „Do Generałów” spowodowało poważne zagęszczenie pod sceną, a zagrane na bis „Do prostego człowieka” Tomek Kłaptocz zadedykował prezydentowi Łukaszence i przypomniał o akcji zbierania podpisów pod petycją Amnesty International w sprawie uwolnienia więźniów politycznych na Białorusi.

Pamiętając ich ostatnie występy na dużych plenerach i w małych klubach, zastanawiałem się, czy faktycznie Buldog to dobry wybór na scenę festiwalową. Czy nie „o niebo” lepiej spisują się w małych klubach. Otóż nie. Myliłem się. Więcej Buldoga na festiwalach!

Samael, którego każdy z koncertów mógłby wyglądać inaczej – no, może nie wyglądać, a programem różnić się diametralnie – rozpoczął klasycznie… od pompatycznego intro. Większość programu stanowiły dobrze znane hiciory z okresu „elektronicznego”, choć formacja pamiętała również, że na koncertach warto grać materiał z ostatnich wydawnictw. Publika, co warto podkreślić, też wykazała się dobrą pamięcią – „czy pamiętacie album Passage (1999)?!” – pamiętali!

Michael „Vorph” Locher zaprezentował się w świetnej formie, Xytras miał swoje tradycyjne stanowisko z samplerem, klawiszem, dwoma bębnami i kilkoma talerzami z którego kontrolował całą scenę. Po całej formacji widać było, że od miesięcy są w trasie (którą właściwie zaczęli w koncertami w Krakowie i Warszawie) i zgrani są w najmniejszych detalach. Przy czym zachowali swobodę i właściwy ciężar w grze – co widać było porównując choćby sposób poruszania się po scenie na ostatnich polskich koncertach oraz tu, w Węgorzewie.

Gwiazdą wieczoru była formacja Moospell – po gwiazdorsku montowali się na scenie najdłużej, z pietyzmem sprawdzając każdy detal po trzy razy. O tym, że dysponowali w Węgorzewie największym tego dnia fanbase’em świadczyła nie tylko flaga polskiego fanklubu rozpięta na zestawie perkusyjnym ale i chyba najliczniejsza reprezentacja „miłośników” pod sceną.

No i zaczęli – po ciemku lub w kanonadzie stroboskopowych lamp… „In Memoriam”, „Finisteria” i „Night Eternal” otwierały koncert. Później można było usłyszeć również „Nocturna” i „Opium”. Zanim w finale zabrzmiały „Mephisto” i”Fullmoon” Fernando „Langsuyar” Ribeiro zapowiedział już, że wróci do Polski w przyszłym roku… z nową płytą!

Węgorzewo… to nie rurki z kremem.

Ostatni dzień na Dużej Scenie węgorzewskiego Seven Festival Music & More zaczął się od potężnego uderzenia. I nie mam tu na myśli brzmienia, bo Lao Che, choć nie raz udowodnili, że potrafią skopać tyłki, to jednak Slayerem nie są. Ale są naszym, krajowym, swojskim… Lao Che. Grają w swojej, osobnej, wysokiej lidzie i komukolwiek awansować do niej trudno. Spięty, który pierwszy numer zaśpiewał „z offu”, był wczoraj w świetnym humorze i w formie. Pod sceną szybko zrobiło się tłoczno, a ze sceny poleciał mix największych hiciorów. Widzowie tak się rozkręcili, że nawet niektórzy zaczęli domagać się pieśni Koli – formacji, która, jak to szybko uciął Spięty – „już nie istnieje” i posłał kolejnego asa serwisowego – własną (tj. zespołową) interpretację Ludzi Wschodu legendarnej Siekiery! Od tego momentu występ nabrał jakby bardziej pukowego sznytu a zespół przypomniał rzadziej ostatnimi laty grane pieśni z płyty „Powstanie Warszawskie”. Nie dość, że rzadko grane, to jeszcze podane w znacznie brudniejszych, surowszych wersjach. Przed samym finałem koncertu mieliśmy jeszcze okazję wysłuchać Hydropiekłowstąpienia, który to numer skutecznie przywrócił słowo „amok” do festiwalowego słownika.

Po takim otwarciu kolejna na liście wykonawców Chemia była skazana na pożarcie. Trzeba było mieć pecha, by tego dnia grać zaraz po Lao Che. Publiczność, niewiele robiąc sobie z kunsztu doświadczonych muzyków w sumie młodej kapeli, ostentacyjnie udała się do strefy gastro uzupełniać poważne braki w płynach. Zatem Chemii nie pozostało nic innego niż robienie dobrej miny do… dobrej gry. Dobrej, lecz nie porywającej. Czego boleśnie doświadczyli próbując kilkukrotnie wezwać pod scenę ludzi „z tyłów”. Szczęściem, okazali się ludźmi nie pozbawionymi poczucia humoru i dystansu, i wychodząc na skromny bis dziarsko oświadczyli – „dziękujemy za zaproszenie, przed nami kolejna godzina grania!…”.

Po pierwszych dwóch „regularnych” koncertach przyszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu dla młodych kapel. Grand Prix (jednogłośnie) zdobył zespół litweski Freaks On Floor. I widząc jak zaprezentował się na Scenie Głównej, można być spokojnym o ich przyszłość. Nie zginą. Grając soczystego rocka, ocierającego się gdzieś nawet o Red Hot Chilli Peppers, z żywiołowym wokalistą, którego maniera przypominała nieco dokonania Kings Of Leon są chyba skazani na sukces, czego i im, i nam bardzo życzę.

Kompletnym zaskoczeniem był dla mnie występ białostockiego Cochise z Pawłem Małaszyńskim w składzie. Wiedziałem, że taki zespół istnieje, że gra, że Paweł tam śpiewa. Że „grają rocka”. I na tym się moja wiedza kończyła. Okazuje się, że to błąd… Po Małaszyńskim widać było, że w szczenięcych latach słuchał Nirvany i Soundgarden, podczas świetnego wykonania Five To One z repertuaru The Doors poruszał się (i śpiewał!) jak Morrison. Słabiej wokalnie wypadł przy własnej wersji jednego z numerów Danzig – co jak co, ale głos Glenna jest nie do podrobienia. Ujęła za to skromność zespołu i niemalże „ukrywanie” kto jest w składzie formacji. Na koniec ich występu usłyszeliśmy ze sceny „Boże chroń Węgorzewo” i słowa o zaszczycie grania w tym miejscu, wypowiedziane z prawdziwą pasją – bo chyba nie mogła to być gra aktorska;)

Po iście rockowym Cochise sceną zawładnęła jedyna tego dnia gwiazda z zagranicy – fińska Indica. No cóż – chcąc być kulturalnym powiedziałbym, że był to „najpiękniejszy”  koncert tego dnia, bowiem zespół tworzy pięć urodziwych dziewcząt ze Skandynawii. Wszystkie wykształcone muzycznie, wszystkie przyzwyczajone do statusu co najmniej lokalnych gwiazd, od niedawna śpiewające po angielsku (płyta okazała się za Bałtykiem sporym sukcesem) i właściwie tyle.

Publiczności rockowego festiwalu nie dało się oszukać i nabrać na „kinder metal”, ładne łaszki i słodkie uśmiechy. Tu, jak nigdzie indziej pasowało słynne powiedzenie o rurkach z kremem. Jaśniejszym punktem występu Indici (poza uśmiechami dziewcząt) był cover (sporo ich tego dnia) Wuthering Heights Jej Wysokości Kate Bush.

Na zakończenie ostatniego dnia Seven Festival organizatorzy przygotowali coś wyjątkowego, i nie był to na szczęście zbyteczny pokaz sztucznych ogni. Wczoraj line-up zamykał… Kult. Nuda? Nie zgodzę się, choć faktycznie wszelkich wcieleń Kazika każdy słuchacz rocka nad Wisłą pewnie widział i słyszał w swoim życiu multum. Było jednak wiele powodów, by uznać ten koncert za występ wieczoru. Kazik niezmiernie rzadko godzi się na… granie plenerów latem (wczorajszy był jedynym tego lata, więcej nie będzie). Kult prawie nigdy nie gra setu w stylu „the best of”, zawsze pozostawiając sobie pełną swobodę w doborze materiału i mając gdzieś sugestie organizatorów (nawet takie MTV musiało pokornie przyjąć do wiadomości co i w jakiej kolejności zostanie zagrane). W Węgorzewie zaprezentowali wszystkie klejnoty rodowe, zagrali wszystko, co chciałby usłyszeć dowolnie wylosowany fan Kultu!. Chyba żaden z zamykających poszczególne dni koncertów nie zgromadził takiej publiczności. O chóralnych wersjach „Baranków” i innych kultowych evergreenów dodawać chyba nie musze. Bisów nie było końca (Arahia, Nie macie władzy na świecie, Polska, Wódka…) – Kult w tej konkurencji pobił niedawny koncert Princea na Open’erze.

Przed trzecią nad ranem wybrzmiał po raz ostatni w tym roku mój ulubiony dżingiel – wizytówka węgorzewskiego festiwalu. Do zobaczenia, sorry, do usłyszenia za rok!

PS: rankiem na małej scenie przy polu namiotowym jako ozdoba konkursowych występów dla tłumów okolicznych mieszkańców zagrał „znany z telewizora” sympatyczny Enej oraz całkowicie bezkompromisowa supergrupa TRYP.


Reklamy

2 thoughts on “Seven Festival 2011 – full relacja

  1. Szkoda, że nie ma relacji z małej sceny. Koncerty niejednokrotnie lepsze niż te na dużej scenie. Co do dużej sceny, to prawdą jest, że panie Indyki i Touchstone nie nadają się na festiwale – kompletna nuda i niepasujący klimat. Kult – dziwnie mi się ich słuchało po ostatnich akcjach Kazika (likwidacja strony staszewski.art.pl, żądanie hasła do cudzego facebooka), kiedyś uwielbiałam ich bezkompromisowe teksty – dziś nie jestem w stanie im uwierzyć. Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie: Cochise, Łąki Łan, Made of Hate.

    Plusem było to, że chyba po raz pierwszy w historii festiwalu nie było zróżnicowania w głośności dźwięku poszczególnych wykonawców. Kiedyś najgłośniejsza była tylko gwiazda wieczoru, a w tym roku nawet na końcu placu festiwalowego ciężko było rozmawiać. I dobrze ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s