festiwal / txt

Jarocin 2012: Antypodsumowanie i autorski (tym razem) wybór zdjęć


Nie ma co ukrywać, uwielbiam Jarocin i wszystko, co się w nim dzieje. Po tegorocznej edycji pokusiłem się jednak o mały tekst dla CGM.pl, który poszedł po tytułem „Antypodsumowanie – czyli wszystko, czego nie chce wiedzieć o Jarocinie”. A pod tekstem znajdziecie mały, autorski wybór klatek pozbieranych z trzech dni festiwalu.

***

Niech będzie, że jestem „lemingiem” i nie interesuje mnie to, co dzieje się wokół jarocińskiego festiwalu a tylko to, co na scenie. Ale niektórych przejawów „polskiego piekiełka” niestety, nie da się nie zauważyć. A szkoda. Fajnie byłoby spierać się o muzykę i dalej, nieco szerzej – o program festiwalu. Niestety, stąd już tylko mały krok do rozpalającej dyskusji o ideach i ideałach, w której z racją, jest jak z dupą, każdy ma swoją.

Przede wszystkim wolałbym nie być świadkiem internetowej wojny między frakcjami „styropianową” i „openerową” (przepraszam, ale to nie ja wymyśliłem te terminy). Wojna ta trwa gdzieś od reaktywacji Festiwalu i objęcia jego artystycznych sterów przez Michała Wiraszko. Ci pierwsi mają pretensję o „zabijanie ducha Ich Festiwalu” i komercjalizację imprezy, a ci drudzy przypominają, że czasy się zmieniły i festiwal w Jarocinie nie będzie mógł już nigdy przypominać tego sprzed 20 czy 30 lat. Bo komuna, dzięki Bogu, padła, bo dla młodych ludzi wolność i walka o nią są zupełnie czymś innym, niż dla tych, którzy młodzi byli w latach osiemdziesiątych, itp, itd, etc…

Ciężkim zarzutem jest ten, o (kolejnym) zabijaniu. Tym razem chodzi i klimat. I znów jedni łamią ręce nad tym, że to, co dzieje się na terenie Festiwalu z punkiem ma tyle wspólnego, co Agencja Go Ahead z lotami w kosmos i że prawdziwy festiwal odbywa się po drugiej stronie płotu, na ulicy Maratońskiej… Że to tam panuje atmosfera jedności i poczucie wspólnoty znane z dawnych (w domyśle lepszych) edycji Festiwalu. Tymczasem szefowi Go Ahead, Łukaszowi Mincie, opadają ręce na widok sugestywnych zdjęć uwalonych do nieprzytomności tanimi specyfikami typów, śpiących na chodnikach, zdjęć sugerujących, iż są to właśnie reprezentatywni przedstawiciele jarocińskiej publiczności, podczas gdy goście ci ani nie mają w kieszeni biletu na imprezę, w kontekście której są fotografowani (i pewnie nigdy nie byli zainteresowani jego kupnem), ani nie stanowią jakiegoś znacznego odsetka gości odwiedzających miasto w ten najważniejszy dla Jarocina weekend w roku. Ale pewnie te „kolorowe śpiochy” świetnie pasują do jakiegoś stereotypu, dalekiego od widoku tłumów bawiących się (często całymi rodzinami) bezpośrednio pod sceną, lub nieco dalej na kocykach i karimatach.

Znamienne jest to, że wszyscy zainteresowani Festiwalem, czują się jego właścicielami. Wszyscy mówią „Nasz Festiwal” i zazwyczaj odmawiają takiego prawa swym adwersarzom. Zatem jarociński festiwal należy do tych, którzy go tworzyli i uczestniczyli w nim dawniej i dziś. Należy również do tych, którzy widząc w line-upie takich wykonawców ja Archive, Animal Collective, Arkę Noego czy Palę i Karola pukają się w czoło i pytają „to jest jeszcze Jarocin?” oraz do tych, którzy widzą w koncertach Asian Dub Fundation, Editors czy Gossip otwarcie się festiwalu na świat i uczynienie z niego miejsca dla ludzi bardzo szeroko definiujących rock. Właścicielami Festiwalu czują się wszyscy ci, którzy przyjeżdżają po prostu pobawić się, ci, którzy chcą zobaczyć „ten legendarny festiwal” oraz ci, którzy nie znajdują tu już dziś nic ciekawego i od lat utyskują na jego komercjalizację.

Jeszcze ważniejszym zarzutem jest ten o marginalizacji konkursu. Że kiedyś Jarocin kreował, odkrywał gwiazdy i wskazywał kierunki. Że dziś konkurs zepchnięty jest w róg festiwalowego terenu i nikogo to już nie interesuje. To wszystko prawda, podobnie jak prawdą jest to, że dziś młode zespoły mają szeroki wachlarz możliwości dotarcia ze swoją muzyką do potencjalnych fanów a funkcje „konkursowe” z rozmachem realizowane są w telewizyjnych talent-shows. Piszę te słowa jako jeden z jurorów jarocińskiego konkursu z smutkiem i równocześnie ze zrozumieniem. Ale mam satysfakcję z tego, że ostatnio konkurs wygrywają zespoły, które nie tylko są świetne (Magnifcient Muttley rok temu, teraz Rust) ale i takie, którym taka wygrana może w czymś pomóc (choć pewności oczywiście nie ma). Reklama: jak ktoś wybiera się zaraz na Woodstock, to niech nie przegapi koncertu Rust – bo to co możecie zobaczyć poniżej, to tylko marna proteza tego, co zespół prezentuje na żywo;).

Wolałbym również nie być na wspólnej konferencji prasowej burmistrza Jarocina, nowej Dyrektorki JOK-u i szefa Go Ahead. Nie dlatego, że ten pierwszy złożył standardową deklarację rozpoczęcia „poszukiwań formuły” oraz pracy nad kolejną edycją festiwalu „już w dzień po” zakończeniu tegorocznej edycji; nie dlatego, że pani Anna Staśkiewicz miała okazję twardo i jednoznacznie rozwiać wszystkie niedomówienia związane z zapraszaniem na Festiwal jego legendarnych twórców i innych gości; oraz nie dlatego, że Łukasz Minta ponownie przypomniał o braku jakiejkolwiek celowości w porównywaniu ze sobą takich festiwali jak Jarocin, OFF, Open’er i Woodstock. Wolałbym nie być na tej konferencji dlatego, że uzmysłowiłem sobie, jak dalekie od świata ludzi przyjeżdżających dziś na festiwalowe koncerty są wszystkie lokalne, często surrealistyczne, animozje. Jak kuriozalne i przaśne mogą byś osnowy konfliktów między wszystkimi, do których „należy” ten festiwal. Dobrze, że wyjaśnianie wzajemnych pretensji skończyło się jedynie na tym, kto, komu i dlaczego nie odpowiedział na maila oraz dlaczego przedstawiciele Go Ahead mają gdzieś przedstawicieli lokalnej prasy, którzy „pieprzą taki festiwal”. Doprawdy bezcenne doświadczenie. Niestety, pewnie niewiele różniące się od doświadczeń organizatorów festiwalu Białymstoku czy kiedyś w Mysłowicach.

Wszystkim, którzy szykują się do kolejnej wojny o „swój festiwal”, chcę przypomnieć. że:
– ceny żarcia na festiwalu spadły nieco w stosunku do poprzedniego roku;
– koncert legendarnego Jello Biafry i jego The Guantanamo School of Medicine był nie tylko jedynym ich europejskim występem(!), ale i jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu (niestety, nieco zignorowanym przez publiczność czekającą na Comę i Kult);
– Lao Che (w chciałoby się powiedzieć: legendarnym składnie) dało całkowicie magiczny koncert z materiałem z „Powstania Warszawskiego”, udowadniając, że w polskim rocku w ostatnich latach też działy się (i dzieją) rzeczy doniosłe artystycznie;
– Kult obchodząc swoje 30. urodziny zagrał koncert z 30 wskazanych przez fanów utworów (lista przebojów), było dużo wzruszeń, „sto lat”, łzy;
– Luxtorpeda powróciła w roli wielkiej gwiazdy i zebrała olbrzymią publiczność pod sceną, na której rok temu zagrała jako „rezerwowy”;
– Biohazard fantastycznym występem pokazali, za co kochamy nowojorską, twardą nutkę;
– Nosowska wielką artystką jest;
– występy finałowej szóstki konkursu Red Bull Tourbus Rytmy Młodych odbywały się znów między koncertami gwiazd, dzięki czemu młode kapele mogły liczyć na znacznie szerszą publikę niż w latach ubiegłych;
– byłoby bardzo źle, gdyby Illusion nie powróciło na scenę;
– TZN Xenna zagrali historyczny (bo pierwszy!) koncert w Jarocinie (choć kiedyś przyrzekali, że na „milicyjnym festiwalu” ich noga nie postanie);
– nie wszyscy laureaci zeszłorocznego konkursu spełnili pokładane w nich nadzieje (tak, jury też się myli);
– koncert formacji Snowman udowodnił, że mamy w Polsce wyśmienite, szalenie oryginalne i sprawne zespoły (sprawne, bo muzykę „nie dla każdego” grają tak, że podoba się każdemu!), które niestety nie są jakoś szerzej zauważane i nie grają jakiś wielkich tras jak wielkie gwiazdy i nie koszą wielkiej kasy…;
– produkcja imprezy przebiegała (z mojego punktu widzenia) bardzo wzorcowo, np.: wykonanie dość trudnej logistycznie modyfikacji na scenie odbyło się w sposób niezauważalny dla publiczności;
– obok licznych oficjalnych wydarzeń „okołofestiwalowych” organizowanych przez JOK impreza samoistnie generowała również kompletnie niezależne live-acty, takie jak ten poniżej (i oby takich działań było więcej w przyszłych latach).


Życzę sobie i miastu Jarocin, by ustabilizowała się wreszcie sytuacja z wybieraniem partnera do organizacji kolejnych edycji (niezależnie od tego, kto nim będzie), i by nie czekano z tym do ostatniej chwili, tak, by można było rozpocząć bookowanie artystów jeszcze w tym roku (bo będą ciekawsi i tańsi niż w lutym czy marcu 2013).

A jak kogoś to ciekawi, to tak wyglądała połączona siedziba redakcji cgm.pl/Onet.pl/Wirtualna Polska w jarocińskim „Hiltonie” ;)

Advertisements

3 thoughts on “Jarocin 2012: Antypodsumowanie i autorski (tym razem) wybór zdjęć

  1. Fantastyczne zdjęcie „Ptaśka”. I Litzy w pozie a’la Hetfield. I kapłanki Nosowskiej. I skrzypka na przypale.

    PS. Dobra, cycki też fajne ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s