reklama / txt

„Ja tu tylko fotografuję…”


Wywiad, przeprowadzony chyba w sierpniu br ukazał się własnie w „zerowym” numerze nowego, branżowego miesięcznika „Rynek Muzyczny”. Odpytywał mnie Paweł Boroń, któremu bardzo dziękuję.

Pamiętasz swoje pierwsze koncertowe zdjęcie?

Pewności nie mam. Takie poważne fotografowanie, gdzie trzeba było wystarać się o akredytację i w ogóle, to chyba był koncert Boba Geldofa i Leszka Janerki w Warszawie. Czyli rok 2007. Stosunkowo niedawno.
A kiedy i z czyjej inicjatywy powstał Music Foto Kolectiv?

A to pamiętam dokładnie. W grudniu 2009 roku, w fosie przed jakimś koncertem w Stodole. Koncert, jak to koncert, nigdy nie może zacząć się punktualnie, więc stoimy w fosie i gadamy. A jak gadamy to o fotografii. Akurat gdzieś w Warszawie można było oglądać wystawę World Press Photo i tak od słowa do słowa doszliśmy z moim przyjacielem, Marcinem Bąkiewiczem, że nie ma konkursu, w którym mogliby się pokazać fotografowie koncertowi. Tak powstał Music Foto Kolektiv, na potrzeby organizacji tego skromnego wówczas przedsięwzięcia. Potem współpraca w ramach MFK trwała nadal, a pewne mechanizmy z codziennej pracy przenieśliśmy do MFK. Wcześniej pomagaliśmy sobie w różnych kwestiach zawodowych, tak po ludzku, jak kumple. Mimo, że na co dzień pracowaliśmy dla konkurencyjnych mediów, to nie raz ratowaliśmy sobie dupsko na wzajem. MFK uporządkowało nam takie przyziemne tematy jak logistyka, z czasem zaczęliśmy wspólnie obsługiwać klientów, zdobywać zlecenia. No i wciąż organizujemy konkurs na Koncertową Fotografię Roku (KFR) i staramy się promować fotografię koncertową jako taką.

No właśnie, MFK to także oferta indywidualna dla muzyków i zespołów. Jakie są jej szczegóły i jakim cieszy się zainteresowaniem?

Do tej pory skupiliśmy się raczej na tej drugiej stronie rynku, na organizatorach koncertów i festiwali oraz na wydawcach, którzy potrzebują fajnych obrazków z koncertów do poligrafii w CD/DVD. Jeśli chodzi o indywidualnych artystów czy zespoły, to docieramy raczej „po znajomości”. Muzycy, przeważnie nasi znajomi, wiedzą co robimy i czasem zaprzęgają nas do pracy. Nie ma tego za wiele, i może faktycznie powinna powstać taka oferta – choć patrząc z drugiej strony, to nie fotografia ślubna, gdzie wszystko można sobie z grubsza wycenić, bo każde zlecenie jest do bólu powtarzalne. Pomijam już kwestie „świadomości” zleceniodawcy, czy wie po co mu właściwie te zdjęcia, w jakim zakresie chce z nich korzystać, czy mają służyć jedynie do komunikacji w mediach, czy może powstać ma jakiś spójny wizualnie zbiór prac, które użyte będą np.: na plakatach, na oficjalnych stronach i profilach, w poligrafii wydawnictwa, etc.; czy ma to związek w wydaniem płyty, zmianą składu zespołu czy odświeżeniem wizerunku w mediach. No i wreszcie, jak skomplikowana jest produkcja takiego materiału, czy wymaga to jednej czy kilku sesji, zdjęć próbnych, grafika, opłacenia różnych, często najdziwniejszych rzeczy. A tu dochodzimy do najboleśniejszego tematu – czyli kasy. Której na fotografa zazwyczaj nikt nie ma.

Nie ma czy nie zdaje sobie sprawy z tego, jak jest ważna? W promocji muzyki obraz jest dziś przecież niezbędny. Myślisz zatem, że brakuje na rynku tej świadomości?

Koncerty w Polsce fotografuje na poważnie kilka, może kilkanaście osób. Praktycznie wszyscy się znamy, w wielu przypadkach potrafimy rozpoznać swoje zdjęcia, nawet jak nie są podpisane. Do tego są ze dwa, trzy „duże” nazwiska, które specjalizują się w fotografii studyjnej, kreacyjnej i od dawna fotografują muzyków na potrzeby wydawnictw. I dla nikogo z nas „fotografowanie muzyki” nie jest jakimś poważnym źródłem dochodu. Żyć trzeba z czegoś innego. Brakuje zleceń, brakuje klientów, stawki są często obraźliwe. Tak jest w fotografii prasowej, wszędzie; więc już nikogo to chyba nie dziwi. Wiem, że koledzy robią to co robią, bo kochają to. Bo jest to zazwyczaj połączenie dwóch miłości, tej do muzyki, z tą do fotografii. A do tego wymaga sporego jednak doświadczenia i dość specyficznych umiejętności. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z koncertów, jakie czasem pojawiają się w agencjach. A przecież nie jest tak, że ich autorzy nie potrafią fotografować. Oni potrafią to, czego fotografowie koncertowi wielokrotnie nie umieją, i na odwrót.

Czyli zawód „fotograf muzyczny/koncertowy” to mit?

Nie możemy mówić o rynku fotografii koncertowej, jeśli nawet najbardziej wzięci fotografowie nie są w stanie zarobić choćby na serwisowanie i odtworzenie zużywanego sprzętu, który jest cholernie drogi. Wszyscy pracują na prywatnym sprzęcie, trudno go ubezpieczyć – takich ofert jest na rynku kilka i są średnio atrakcyjne. W przypadku osób, które nie wystawiają faktur VAT, a pracują na umowy o dzieła, ubezpieczenia takie są niedostępne w ogóle. Pomijając kwestie ubezpieczenia i amortyzacji sprzętu, trzeba jeszcze wycenić czas, jaki musisz poświęcić na przygotowanie i obróbkę materiału, specjalistyczne oprogramowanie, koszty przejazdów, hoteli, podatki, ZUSy, srusy… A i do gara coś wsadzić trzeba. I nagle okazuje się, że pieniądze oferowane za galerię z jednego koncertu nie pokrywają nawet podstawowych kosztów.

Odbiorców naszych zdjęć jest naprawdę niewielu. A i tak często spotykamy się ze zjawiskiem „photopass za zdjęcia”, tj. oferuje się fotografowi… możliwość wykonania zdjęć . Często fotografowie sami zgłaszają się z takim pomysłem, zwłaszcza ci, co są na początku drogi. Do redakcji, w której pracuję na co dzień, takich propozycji – hej, zrobię wam zdjęcia za darmo, tylko załatwicie mi akredytację – przychodzi multum. Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba naprawić lub kupić nowy obiektyw. Nagle okazuje się, że kosztuje on 6 tysięcy i nikt nie chce go dać „za podpis”. I przygoda się kończy. Ale w miejsce takiego delikwenta pojawia się następy, który akurat ma aparat i jest gotów do współpracy. Ale trudno się dziwić, kto tak nie robił, jak zaczynał? Są redakcje, które na tym żerują i tylko w taki sposób pozyskują zdjęcia, raz lepsze raz gorsze, nie mnie to oceniać. Są też organizatorzy i promotorzy, którzy uzależniają przydzielenie akredytacji od „przekazania” kilku zdjęć z ich koncertu. Koledzy „robiący w sporcie” zapowiadają zgłaszanie do urzędów skarbowych tych organizatorów meczów czy innych wydarzeń sportowych, którzy wymuszając zapisami w umowach z fotografami takie darowizny nie odprowadzają od nich podatku dochodowego. Bo taka darowizna stanowi przychód podlegający opodatkowaniu. Ciekawe co z tego wyjdzie.

Zatem, co z tą świadomością wartości dobrego zdjęcia?

O świadomości wagi obrazu w promocji zespołu możemy zacząć dywagować dopiero, kiedy uporamy się powyższymi problemami. Czyli zdaje się, że w lwiej części przypadków będziemy mieć do czynienia z przypadkowymi zdjęciami przypadkowych autorów, ale za darmo. Odbiorcy takich zdjęć, przyzwyczajeni do oglądania zdjęć z komórek w codziennej prasie, nie zaprzątają sobie specjalnie głowy tym, co widzą. Wszyscy się już chyba odzwyczailiśmy od dobrych zdjęć w necie czy prasie codziennej. Nie ma się na co obrażać i beczeć. Tak to już jest. Dziś fotografem jest każdy. Za zły stan tego typu fotografii, o której rozmawiamy, odpowiedzialna jest nie tylko digitalizacja fotografii, ale i fonografii. Do sprzedaży mp3 nie trzeba wcale wypasionych fot. Wklei się jakieś zdjęcie obok i też będzie git. O kradzieży zdjęć nawet nie chcę mówić. Niech muzycy cieszą się, że nie są fotografami. Wtedy dopiero kradzież w sieci objawiałby im się w całej swej okazałości.

Ale przecież to branża artystyczna, jej odbiorcy też mają jakiś pierwiastek w sobie, który każe im odróżnić i zatrzymać się nad dobrym zdjęciem. Może więc jest to kwestią edukacji odbiorcy, niech oczekuje dobrego obrazu. Wtedy wasi potencjalni klienci takim się zainteresują. Świetną akcją jest na przykład konkurs na „Koncertową fotografię roku”. Uważam jednak, że zbyt mało promowaną. Może to wydarzenie powinno być zaczątkiem jakiegoś cyklu, który pokazałby konsumentowi prasowych i internetowych relacji, że może być jeszcze lepiej?

Branża to biznes przecież. Im mniej wydam na fotografa, tym więcej zostanie mi w kieszeni. A po co mam wydawać na coś, czego mój odbiorca nie potrzebuje? A jeśli sam nie widzę różnicy. To już nawet wstydu nie mam, czyż nie? Jeśli padło słowo biznes, to może warto zajrzeć do podsuwanych fotografom umów do podpisu przed koncertami wielkich, światowych gwiazd? Ich menadżerowie nie znają chyba słowa obciach, wstyd czy wyzysk. Żądania przeniesienia praw lub udzielenia bezpłatnych licencji przy jednoczesnym ograniczeniu swobody obrotu wytworem pracy fotografa są na porządku dziennym.

Koncertowa Fotografia Roku to przedsięwzięcie które, moim zdaniem, zasługuje na szerszą promocję. Jednak nawet przy największych budżetach trudno zmienić i rynek, i ludzi – tak artystów, jak i pozostałych. W przeciągu czterech lat odbyły się trzy edycje, które, wiem to na pewno, pomogły w jakiś sposób ich laureatom. Już dziś jesteśmy po kilkunastu wstępnych rozmowach odnośnie przyszłorocznej edycji. Niektóre deklaracje są bardzo ciekawe i obiecujące. Nie mogę teraz nic powiedzieć, ale jestem podekscytowany i wiem, że przed nami, jako organizatorami, cholernie dużo pracy. Sporo rzeczy, których jeszcze nie robiliśmy i nie wiem, czy sobie z nimi sami poradzimy. Ale nie poddajemy się. Jednak czy nasze starania przełożą się jakoś na – jak to nazwałeś „konsumenta prasowych i internetowych relacji” to nie mam żadnych złudzeń i nie oczekuję niczego. W tak zwanym rynku uczestniczą, po stronie podaży, osoby raczej pełnoletnie, a przynajmniej dojrzałe. Jeśli takie osoby nie mają oporów przed „pożyczeniem” sobie zdjęcia „z netu”, uważają, że podpis pod zdjęciem załatwia wszystko, to nie mamy o czym rozmawiać. Na edukację czas był w szkole.

Wkrótce zamkniesz swoją letnią trasę fotograficzną po największych festiwalach w kraju. Na którym z nich fotografuje Ci się najlepiej?

Nie wiem, czy to wynika ze zmęczenia czy z czegoś innego, ale bardzo lubię małe, by nie powiedzieć kameralne festiwale, jak Jarocin czy Ostróda. Jedna scena, koncerty co dwie godziny, bez spinki. Masa znajomych dookoła sceny. Organizatorzy przyjaźnie nastawieni, rzadko zdarzają się jakieś absurdalne ograniczenia pracy fotografów. Na dużych festiwalach też spotyka się co roku ta sama ekipa, tu też się fajnie pracuje, ale tej pracy jest zdecydowanie więcej. Większe są odległości do pokonania np.: między scenami Open’era, choć tu wszystko rekompensują fantastyczni ludzie ze stuff’u pracujący w namiocie mediowym. Czasem specyfika festiwalu powoduje, że nasza praca jest kombinacją akrobatyki sportowej z ekwilibrystyką i „skradaniem się na czas”, jak ma to miejsce na Woodstocku, ale to już zupełnie inna bajka.

Uważasz dynamiczny rozwój polskich festiwali i w ogóle rosnąca liczba koncertów zagranicznych gwiazd oznacza, że na polskim rynku muzycznym coś zaczyna się w końcu dziać?

A czy do tej pory nic się nie działo? :) Rosnąca liczba koncertów zagranicznych gwiazd wynika pewnie z wielu czynników. Polska od lat jest w Unii i nie jest już postrzegana jak jakiś dziki, zimny kraj, do którego strach pojechać. Relacja dolara do euro oraz siła złotówki powodują, że od kilku lat jesteśmy dość atrakcyjnym rynkiem koncertowym dla największych gwiazd, w tym dla tych zza oceanu. Nagle okazuje się, że można tu nieźle zarobić. Przybyło nam festiwali, niektóre z nich są znaczącymi markami w Europie. Z drugiej strony nasza publiczność widziała już nie jedno i byle odgrzewanym kotletem już się raczej nie zadowoli. Czasy w których dowolny artysta z Zachodu był atrakcją nad Wisłą na szczęście minęły bezpowrotnie. Ale to powoduje też, że rynek, na którym działają agencje koncertowe jest coraz cięższy. Jakoś tak jest, że im więcej widzieliśmy, tym bardziej wybredni jesteśmy… a jeśli faktycznie jest kryzys i jako społeczeństwo zaczynami oszczędzać, to z czego rezygnujemy w pierwszej kolejności?

Na koniec chciałbym zapytać, jak oceniasz drogę, jaką przeszło środowisko muzyczne w kraju (muzycy, agencje, firmy) od 89 roku?

Sądzę, że była to podobna ścieżka do tej, którą pokonywała każda inna branża. Od chaosu wynikającego z upadku peerelowskich central, przez zachłyśnięcie się wolnością i kapitalizmem i branie wszystkiego co się da w swoje lub kolegów ręce, poprzez zimne prysznice aż po kształtowanie się faktycznych struktur rynku. Do tego weszły do nas zachodnie marki (wytwórnie, promotorzy koncertów), tzw. podziemie ukształtowało się na nowo, ale nie w opozycji do władzy jako takiej, a w odpowiedzi na pop i wybory dokonywane przez szefów ogólnopolskich anten, prowadzących je jak, firmy zgodnie z zasadami ekonomii. I tak oto minęło nam przeszło 20 lat. Myślę sobie, że innej drogi nie było, ale nie mam pewności, czy nasze doświadczenia w rekonstrukcji rynku da się jakoś przełożyć w inne miejsce na świecie, gdzie zajdzie taka potrzeba. Wyobraźmy sobie, że Białoruś wraca do rodziny wolnych i zdrowych narodów i że przechodzi transformację ustrojową. Co im po naszych doświadczeniach, skoro w międzyczasie planeta nam się zdigitalizowała?

Reklamy

One thought on “„Ja tu tylko fotografuję…”

  1. I’m truly enjoying the design and layout of your site. It’s a
    very easy on the eyes which makes it much more enjoyable
    for me to come here and visit more often. Did you hire out a designer
    to create your theme? Excellent work!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s