koncert / txt

The Wall Live w Warszawie


DSC_8499Koncert byłego basisty i wokalisty Floydów sprzed dwóch lat w Łodzi zaliczam do bardzo wąskiego grona tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie. To co stało się wczoraj na Narodowym przebiło Łódź. Wszystko za sprawą rozmachu, skali przedsięwzięcia oraz pietyzmu w ilustrowaniu tej jednej z najważniejszych dla muzyki rockowej płyt.

Czym można zaskoczyć fanów znających na pamięć cały materiał? Potrafiących w głowie odtworzyć każdy dźwięk, każde przetarcie opuszkami palców po strunie? Mających już gdzieś w podświadomości każdą klatkę z filmu Alana Parkera? Łódzkie koncerty udowodniły, że można. I to bardzo. Nie tylko poprzez zastosowanie najnowocześniejszych projekcji wielkoformatowych i oddziaływaniem chyba na wszystkie zmysły widza, ale przede wszystkim rozszerzeniem znaczenia i treści tej rock opery.

Przeniesienie akcentów, czy wręcz rezygnacja z tych bardziej osobistych – zwłaszcza w pierwszej części dzieła, na rzecz tych bardziej uniwersalnych i współczesnych okazało się być powiewem świeżości dla „The Wall”. Jej pierwotny bohater, mały zagubiony Pinki, z którego później ma wyrosnąć obłąkana traumami super-gwiazda rocka ustąpił miejsca współczesnemu, tzw. zwykłemu człowiekowi, pracującemu gdzieś w korporacji, bombardowanemu zunifikowanymi ideami i informacjami jak środki do prania mózgu, uwikłanego w kredyty, dylematy i wyobcowanie. Najdobitniej było czuć podczas „Goodbye Blue Sky”, kiedy na gigantycznym murze widać było nadlatujące bombowce zrzucające na nas symbole dolara, krzyże, logotypy wielkich, światowych marek, sierpy z młotami, Gwiazdy Dawida i półksiężyce.

Antywojenny charakter dzieła został nie tylko zachowany, ale i znów rozszerzony. W polu zainteresowania Watersa reinterpretującego „The Wall” znalazł się też terroryzm, głód, rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne. Ważnym, a łatwym do przeoczenia był finał drugiej części „Another Brick In The Wall”. Tu w miejsce ostatniej solówki pojawiło się akustyczne „The Ballad Of Jean Charles de Menezes”. To był hołd dla Jeana Charlesa de Menzesa, Brazylijczyka, zabitego w 2005 roku w londyńskim metrze przez policjantów „walczących z terroryzmem”. Zresztą Waters zadedykował mu cały wczorajszy koncert.

Tytułowy mur z 1979 roku nabrał nie tylko nowych znaczeń, ale i urósł do niebotycznych rozmiarów, i nie mam tu na myśli jedynie możliwości technicznych jakimi dziś dysponują ludzie zaangażowani w produkcję tego dzieła i realizację wizji Watersa. Nie chodzi mi też o skalę i rozmach, na jaki mogli sobie oni pozwolić pod dachem Stadionu Narodowego. Sęk w tym, że sposób w jaki dziś autor czyta swoje dzieło ani na milimetr nie trąci myszką. Nie zestarzało się i nie trąci patyną, nie odstrasza też zbędną pompatycznością. I to jest chyba to, co zostaje w nas po tym, kiedy „dojdziemy do siebie” po oszałamiających efektach specjalnych.

Sam koncept na zrealizowanie na żywo „The Wall” nie zmienił się od czasów pierwszych prób i koncertów, które – co dziś zaskakujące – zakończyły cię całkowitą klapą finansową mimo wielkiej popularności. W pierwszej części spektaklu między muzykami a publicznością powstaje mur, który runie dopiero przed samym finałem aktu drugiego. Świat poszedł do przodu, dostaliśmy nowe technologie i przeniesienie wizji Watersa z jego głowy na największe areny świata stało się znacznie łatwiejsze i tańsze. Jednym słowem, stało się opłacalne. I to pierwszy zgrzyt, który pojawia mi się w aspekcie współczesnego „The Wall”.

Jest jakiś rozdźwięk między miażdżącą krytyką konsumpcjonizmu, bezduszności kapitalizmu, pochylaniem się nad ofiarami wojen, rodzinami poległych czy głodującymi na świecie a często przypadkowymi widzami, zajadającymi się w pierwszych rzędach popcornem i hot-dogami czy serwowaniem bezalkoholowego piwa po 12ł za pół litra ;) W tym kontekście cała produkcyjno-logistyczna machina „The Wall Live” służąca przecież do zarabiania pieniędzy zaczyna się lekko chwiać na boki. Trudno być wiarygodnym jednocześnie plując i całując się z systemem, z którego dobrodziejstw się korzysta. Choć takie gesty ze strony Watersa, jak spotkania z weteranami wojennymi w każdym z krajów, w którym gości, czy zapraszanie do chóru dzieci (wczoraj były to dzieci z Rudzienic) jakoś ładnie i skutecznie przesłaniają ten cały merkantylizm przedsięwzięcia. I dobrze.

Porównując samego Watersa z Łodzi i z Warszawy, przyznać trzeba, że dwa lata temu był chyba w lepsze formie wokalnej, choć za to w stolicy był bardziej rozluźniony i swobodny. Wczoraj świetnie sprawdzał się we wszystkich aktorskich zadaniach, jakie postawił przed sobą. Iście szatańsko prowadził totalitarne wiece i pochody, przekonująco grał siedząc samotnie przed telewizorem w małym pokoju w „Nobody Home”. I choć brzmi to jak banał, to muszę tak napisać – miał też świetny kontakt z publiką. I tak, na przykład przed balladą, esencją Ściany – „Mother” przemówił po polsku. – Cześć Warszawo! Dedykuję ten koncert wszystkim ofiarom terroryzmu – potwornie kalecząc i z trudem zachowując powagę – Wszystkim walczącym o prawdę i sprawiedliwość… By na koniec przemówienia dodać, już po angielsku i bez ukrywania rozbawiania – jak wy możecie używać tego języka codziennie? Momentów, w których nasz język pojawiał się na ścianie też było kilka. Ot, choćby odpowiedź na jeden z wersów wspomnianego wcześniej „Mother”… Waters śpiewa „Should I trust the government?” a nam przed oczyma pojawia się wielki napis – „Nie, niech spieprzają„. Pewną dedykację po polsku mogliśmy też zobaczyć przed porywającym „Run Like Hell”, nie zapomniano też o naszych rodakach przy prezentacji ponurego katalogu ofiar wojen…

Słowa uznania należą się też muzykom towarzyszącym Watersowi na scenie, czy jak kto woli, muzykom zza ściany ;). Przede wszystkim wrażenie robili wokalista Robbie Wyckoff i gitarzyści Dave Kilminster i Snowy White którzy wzięli na siebie główny ciężar zastąpienia Davida Gilmoura.

Rozwodzić się nad nagłośnieniem nie ma sensu. Wszyscy znamy już chyba ten obiekt i wiemy, że w miarę przyzwoicie słychać na płycie, przed sceną, a na trybunach akustyka przypomina tę z Dworca Centralnego. Szkoda. Ale tu już o żadnym zaskoczeniu mowy być nie może. Czekać możemy jednie na cud, bo na nowy Stadion Narodowy nie mamy co liczyć.

Reklamy

One thought on “The Wall Live w Warszawie

  1. Mocne Empty Spaces, Young Lust, Another Brick In the Wall part 3, Waiting for the worms; no i totalny odlot podczas Hey You, i jakże by inaczej, podczas finałowej solówki w Comfortably Numb. A do tego trochę muzycznych smaczków…

    Ach! Ten Walters strzelający do tłumu. Ach! Te wybuchy i sztucznie ognie. Ach! Ta gigantyczna świnia i obrazy na ścianie! I choć liczyłem, że część utworów zabrzmi bardziej rockowo, a nie teatralnie i może spektakl nazwałbym bardzo dojrzałym, zanadto dopieszczonym, ale to już czepianie się na siłę. Jestem totalnie usatysfakcjonowany jeśli chodzi o stronę muzyczną i wizualną.

    Obawiałem się tylko, że jakaś osoba z publiczności zacznie zakłócać mi muzyczne święto. Ale i nic takiego nie miało miejsca (podziękowania dla pary, która wyczekała całe Hey You, którego słuchałem z zamkniętymi oczami, a dopiero po zakończeniu poprosiła o zrobienie odrobiny miejsca, aby mogła dotrzeć na swoje siedzenia).

    Re-we-la-cja! Waters trzyma się świetnie i oglądałem go z przyjemnością. A z jeszcze większą przedstawienie teatralne „The Wall”, które nieco zmodyfikowane opiera się próbie czasu. Polecam.

    I już na koniec, dla osiągnięcia pełnej satysfakcji, wyciągam środkowy palec:

    Pieprzcie się wszyscy Ci, którzy mówicie, że Waters jeździ po świecie i nabija sobie kabzę serwując odgrzewane kotlety. Życzę wszystkim artystom, by z taką perfekcją i rozmachem podchodzili do swoich projektów artystycznych. I dziękuję, że mimo iż era Floydów minęła dawno, to młodsze pokolenie ma szansę zobaczyć taki show na żywo!

    Pieprzcie się wszyscy Ci, którzy narzekacie na dźwięk na narodowym. Przecież nie przychodzicie na koncert, aby mieć idealnie czyste brzmienie. Jeśli przeszkadzał Wam np. pogłos, załóżcie słuchawki i odpalcie Winyl, CD czy cokolwiek tam macie i napawajcie się muzyką w domowym zaciszu.

    Pieprz się też Gazeta.pl, która nazywasz spektakl Watersa „bombastycznym”. Bombastyczne the Wall? Nie no, proszę, darujcie sobie. I wreszcie: Pieprz się Carlsbergu!, który pod nazwą piwo sprzedajesz niegazowaną, bezalkoholową breję za 12 zł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s